„Pójdźcie do nas wy, którzy w dolinach cierpicie…”

    Relację z wyprawy w góry rozpoczynam powyższą parafrazą Tetmajera, której sens powiódł nas wspólnie na szlaki, na których mieliśmy szukać sił, aby żyć, aby być, być jeszcze lepiej, jeszcze mocniej i jeszcze więcej.

Z gór każdy powraca odmieniony, niezależnie od tego czy znalazł to, czego szukał. Nieokreślona moc tkwiąca w górach, sprawia, że zdają się one wołać: „Pójdźcie do nas wy, którzy w dolinach cierpicie…”, pozostawiając jednocześnie wieczny niedosyt i niespełnienie.
    Decyzja o wyjeźdze padła dość spontanicznie i w trudnych dla nas wszystkich okolicznościach. Śmierć Dorotki wzbudziła ogromny żal i cierpienie, zwłaszcza dla Jej najbliższych. Solid aryzując się w bólu, nie potrafiąc jednak pomóc, możemy tylko być, po prostu być, żałując, że tylko tyle możemy dać.

    Wyruszyliśmy o p ó ł n o cy z niedzieli na poniedziałek. Aby nie tracić chwili cennego czasu, spędzanego na tych pięknych terenach, od razu po p rzy jeź dzie posililiśmy się na trawniku przed sklepem i zeszliśmy na rzekę. Trzeba przyznać, że 36 kilometrowy odcinek Popra du od Ż egiesto w a do Starego Sącza okazał się doskonałym początkiem naszej wyprawy. Na szlaku napotkaliśmy kilka progó w skalnych i dość trudnych, zwłaszcza dla dwójek miejsc, ale ogólnie poszło całkiem nieźle. Przytrafiły się zaledwie dwie wywrotki, całkowicie kontrolowane, więc wyszliśmy z tego raczej bez szwanku, nie licząc tylko przerażonego i roztrzęsionego szczeniaczka, któremu zapewne zawiązał się zalążek psiej nerwicy i sentymentu do zimnej wody.
Zaspokoiwszy, choć po części rządzę górskich podbojów, zeszliśmy z wody niecałe dwa kilometry przed ujściem

Popradu do Dunajca. Do Bukowiny, gdzie mieliśmy zarezerwowane noclegi, dotarliśmy dopiero wieczorem, ale nie wszyscy byli na tyle zmęczeni, żeby wcześnie położyć się spać, mimo nocy spędzonej w drodze, mimo prawie 40 km. na wodzie i mimo perspekty

wy kilku naprawdę intensywnych przyszłych dni. Grafik mieliśmy tak napięty, że dosłownie brakowało godzin w dobie, można spokojnie stwierdzić, że cały tydzień zamknęliśmy w czterech dniach.
    Plan na drugi dzień wycieczki był dość ciekawy, mianowicie zrobić tyle, ile się da. Na początek oczywiście nasz kochany Dunajec, odcinek od Sromowców Wyżnych do Krościenka. Przełom Dunajca zachwyca za każdym razem jeszcze bardziej, nie można się napatrzeć na ten krajobraz, nie można się nacieszyć tą wodą, napoić tym powietrzem. Można za to oszaleć z zachwytu.

Część grupy płynęła tę rzekę po raz pierwszy i niektórzy postanowili z ciekawości zbadać wodę spoza kajaka. Wywrotka wszakże była tylko jedna, ale za to budząca entuzjazm, bynajmniej u niektórych…Znajoma „falka”, ułożona ni to wzdłuż, ni w poprzek rzeki potrafi zaskoczyć nieuważnych kajakarzy.
Kąpieli w wodach Dunajca zażył również nasz czworonożny przyjaciel, a raczej przyjaciółka. Biedaczka wychyliła się z łodzi w niewłaściwym czasie i niewłaściwym miejscu. Porwała ją drapieżna fala i targnęła szczenię w wodną otchłań. Instynkt samozachowawczy zwierzęcia, oraz refleks i sprawność właścicieli pozwoliły ocalić psi żywot.
Prosto ze spływu, tak dla odmiany, pojechaliśmy na tor kajakarstwa górskiego Wietrznice. Na miejscu odbyły się oczywiście pokazy eskimosek, i innych różnych trików kajakowych w wykonaniu Amberowiczów. Jak zwykle, kupa zabawy i pełna lanserka. Checheche. Oczywiście, chłopaków trzeba było prawie siłą ściągać z wody, bo zrobiło się późno, a przed nami był jeszcze punkt kulminacyjny dnia, czyli spływ Białką!
Z mniejszymi i większymi niepokojami zeszliśmy na rzekę, mając za plecami nadciągającą burzę. Jednak zew natury ciągnął nas bezlitośnie na białą wodę i nic nie było
w stanie nas powstrzymać. Jeśli pisałam, że na Popradzie i Dunajcu było kilka trudniejszych momentów, tak tu muszę napisać, że było kilka spokojnych (chacha) nawet dało się wejść w cofkę i robić zdjęcia. Dało się też przycisnąć do kamieni, zawisnąć na kamieniu, zrobić świecę, przyhamować w odwojach, zrobić czeską kontrę, tuż przed skalną ścianą, zedrzeć trochę polietylenu z kajaka i jeszcze przy tym wszystkim zdążyć podziwiać niesamowicie piękne widoki, których opisać jednak nie umiem w sposób, który mógłby oddać cały ich urok.
Zachłyśnięci górskim powietrzem, bogactwem przeżyć i zimną wodą z Białki,·z niecierpliwością czekaliśmy następnego dnia, który miał rozpocząć drugi etap naszej podróży. Ciężko było nam się rozstać z kajakami, ale zaplanowaliśmy sobie piesze wycieczki w Tatry i należało ten plan realizować.
Zwrot „piesze wycieczki” nie jest jednak adekwatny do trasy, którą mieliśmy pokonać. W dużym skrócie: wyruszyliśmy z Zakopanego, przez schronisko „Murowaniec”, Czarny Staw Gąsienicowy, Przełęcz Zawrat, i przecinając najtrudniejszy z polskich szlaków górskich – Orlą Perć, zeszliśmy do Doliny Pięciu Stawów Polskich, a dalej do Morskiego Oka. Trasa zajęła nam około 10 godzin. Brzmi uroczo, ale łatwo to nie było!
Szlak do Czarnego Stawu był całkiem niepozorny, ale kiedy weszliśmy w skalne rumowiska i znaleźliśmy się tuż pod tajemniczą ścianą gór, można było odnieść wrażenie, że wkroczyło się w jakiś inny wymiar. Kiedy pojawiły się pierwsze łańcuchy, zaczęło akurat padać. Skała zrobiła się śliska, a łańcuch osuwał się w dłoniach. Zdrowy rozsądek podszeptywał coś o powrocie. Góry jednak wywołują zarówno lęk i trwogę, jak i zachwycają i pociągają, więc, tak naprawdę, zrezygnować jest czasami dużo trudniej niż iść dalej. Zdrowsza na umyśle część grupy podjęła decyzję o powrocie, reszta, z pasją, strachem i łzami w oczach powędrowała ku szczytowi. Jak zwykle Matka Natura była dla nas łaskawa, przestało padać i mogliśmy poczuć się trochę pewniej. Przy pomocy łańcuchów i klamer, ale także przy pomocy wzajemnej (dziękuję!) wspinaliśmy się półkami i rynienkami skalnymi na Zawrat (2159 m n.p.m.). Kiedy dotarliśmy na szczyt mogliśmy sobie odpowiedzieć na nurtujące nas w drodze pytanie: po co ja to robię?! Każdy pewnie miał swoją własną odpowiedź, ale mięliśmy też jedną wspólną: To dla Ciebie Dorotko!
Do Morskiego Oka zeszliśmy już po zmroku, (czym lepiej może się nie chwalić) Trudy drogi dawały się mocno we znaki, ale rekompensowało je to nieopisane uczucie, którego zaznać można tylko w takich właśnie okolicznościach. Góry przemawiają ciszą, tylko ciszą można się nimi zachwycać, i zdaje się, że jedynie ciszą można o nich opowiadać.
Następnego dnia, na Rysy wybrali się tylko najtwardsi, czyli czterech wspaniałych: Cichy, Marcin, Darek i Piotrek. Całą trasę pokonali w siedem godzin. Reszta musiała zadowolić się kibicowaniem i kontemplowaniem gór u podnóża Rysów, nad Czarnym Stawem.
Żeby nie było zbyt pięknie, w drodze z Morskiego Oka na Palenicę dopadła nas burza z ulewnym deszczem, ale to można było jeszcze podciągnąć pod jakieś wyrafinowane poczucie przyjemności. Gorzej było tuż przed finiszem drogi do Tomaszowa, kiedy okazało się, że nasza przyczepa nie zniosła trudów górskich podbojów i zwyczajnie pękła sobie na zaczepie. Całe szczęście sytuację uratowała stalowa linka, a przede wszystkim Łukasz, który zerwawszy się w środku nocy, wyruszył nam na pomoc. Tym miłym akcentem zakończyła się nasza wyprawa, (chociaż chwilami wydaje mi się, że do tej pory stamtąd nie wróciłam).

Czego uczą góry? Pokory, walki z własnymi słabościami, zdobywania rzeczy zdających się być dla nas poza zasięgiem, a jednocześnie umiejętności rezygnacji z tego, czego się bardzo pragnie, jeśli jest to oczywiście konieczne, a także, jak pisał Aleksander Lwow, akceptacji tego, że nie wszystko na tym świecie da się racjonalnie wytłumaczyć.

Dziękuję za wspólną drogę i wspólną ciszę.

 

Franciszek Henryk Nowicki

Zawrat

Stanąłem na przełęczy… świat czarów przede mną
Wzrok zdumiony weń topię – podziw duszę tłoczy…
Dołem – stawy czernieją, jak piór pawich oczy,
W górze –pieśń!… ale myślą stworzona nadziemną.

Pieśń runami granitów pisana przede mną!
Skamieniały sen Stwórcy, dumny sen, uroczy!
Tam – ku krańcom pustyni gwiazda dnia się toczy,
Płoną szczyty – tam z głębin wstaje wieczór ciemno.

Siadłem- cisza na górach – oko stawów drzymie,
Patrzę w Tatry, w te runy przedwiecznej zagadki;
Chciałbym przejrzeć, przeniknąć jej myśli olbrzymie.

Wiatr – bajarz lekkim palcem strunę marzeń trąca.
Z wolna uchodzą z serca goryczy ostatki,
O! tu siedzieć i słuchać, i dumać bez końca!

1891
 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here