Rodzynka na Słomiance

Buszujący w zbożu- opowieść rodzynka o zdobywaniu rzeki widmo. Rodzynka na Słomiance

Na samym początku, słowem wstępu chciałabym zapewnić wszystkich, że Słomianka (bo o tejże mowa) istnieje, wije się malowniczo a od czasu do czasu nawet płynie w niej woda! Woda, no właśnie…bo wszystko zaczęło się od tego, że Panowie bardzo chcąc zmierzyć się z legendą tej rzeki postanowili lekko  zaostrzyć jej wizerunek dodając trochę…wody ze stawu. Jak wymyślili, tak powiedzieli, jak powiedzieli, tak w końcu zrobili i w niedzielny poranek 19 października padło wyczekiwane „Atakujemy Słomiankę!”.
Zebraliśmy wozy bojowe, amunicję i ruszyliśmy. Przejeżdżamy jeden las, pole, drugi las, znowu pole, sklep, kościół po drodze mijamy. Ludzie jakby nigdy nic, odświętnie ubrani, podążają na poranną mszę i nawet do głowy im nie przyjdzie, że dziś jest ten dzień! Wysiadka na moście. Wyskakujemy, rozglądamy się, pół na pół, ciekawość miesza się z trwogą, bo nie wiadomo co czai się poniżej, wychylamy się,  a tam…Patrzymy w lewo, rzeka ginie gdzieś za zakrętem, patrzymy w prawo, nurt na wcześniejszym zakręcie szarpie jak szalony, tylko jakoś tak…wody mu brak. Więc co robimy? Czekamy na tę wielką falę, czekamy, czekamy…aż tu nagle coś się zmienia, jak nie pójdzie waha w górę, jak nie podskoczy! Do wioseł ruszyliśmy, bo okazja może się już nie powtórzyć, bo zdecydowanie lepiej płynąć niż kajak ciągnąć.

Jeden zakręt, drugi, trzeci. Po trzecim już przestaliśmy liczyć, bo okazało się, że Słomianka prócz zakrętów posiada może łącznie z 500 m prostej. Posiada również wiele niespodzianek w postaci zwałek oraz wyjątkowo zróżnicowany krajobraz przybrzeżny. Spotkać można było niemal wszystko, od fragmentów pól, łąk, gęstych lasów, przez wysokie na ponad 2m łany kukurydzy, w których rzeczka zrobiła mniej więcej metrowej szerokości tunel aż do polany, gdzie odpoczywające na leżakach Panie uwierzyć swym oczom nie mogły najpierw, że widzą kajakarzy, a później, że  wśród nich płynę ja! Kobieta! W kajaku! W październiku! Zgroza! Doświadczyliśmy również wielu rodzajów wiosłowania- wiosłowanie po wodzie, po piasku, po pieńku, po brzegu, wiosłowanie w kukurydzy ( zdecydowanie warte zapamiętania) oraz kelnero- wiosłowanie ( to już inne historia). Nie byliśmy też sami, prócz wyżej wspomnianych nimf przybrzeżnych natknęliśmy się również na grzybiarzy, spacerowiczów oraz istne ukoronowanie całego spływu- Pana Właścia Ziemskiego, uzurpującego prawa zarówno do swego domu i ogródka jak i do rzeki. Panu wyjątkowo nie w smak byli kajakarze, zarówno Ci w JEGO rzece jak i Ci, którzy grzecznie, nie chcąc Pana denerwować pomyśleli by wysiąść i przenieść kajak lądem. Jako, że spokojnymi, grzecznymi i pokornymi ludźmi jesteśmy i ani myśleliśmy, by komuś tak piękną niedzielę psuć…część spłynęła rzeką, część wyniosła kajaki i przemaszerowała przez „Pańską” groblę z uśmiechem a wodując przy akompaniamencie gróźb i przekleństw pomachała panu na pożegnanie z mocnym postanowieniem kolejnych, rychłych odwiedzin.
Chwilę po „pieniącym się” incydencie wpłynęliśmy wraz ze Słomianką do Pilicy, gdzie po drugiej stronie czekała na nas gorąca zupa, kawa, ognisko i suche ubrania. Kiedy słońce zaczęło chować się za drzewami, spakowaliśmy się i wróciliśmy do domów.
Piękna niedziela, różnymi stylami pokonane 8,960m rzeki,  mnóstwo zabawnych sytuacji i fantastyczne wspomnienia. Tak, trzeba to powtórzyć! Zaraz po tym, jak powtórnie napuścimy do Słomianki wody!
Foto Michała

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here